Vanessa (Debbie Lynch-White) prowadzi grupę wsparcia dla osób z deformacjami. Zrzesza zarówno ludzi z wadami wrodzonymi, jak i ofiary chorób i wypadków. Jedynym oszustem w zespole jest nastoletni Stan (Robin LHoumeau). Udaje, że ma zniekształconą twarz. Robi to, żeby przygotować się do opieki nad matką, która czeka na operację. Dość szybko zostaje zdemaskowany, ale zostaje w grupie, bo przecież nie mogą go zdyskryminować za wygląd. Każda kolejna sesja to konfrontacja bohaterów z ich lękami.

Raz będzie to wyjście do lokalu, raz zagadanie obcej osoby na ulicy, a raz zamówienie kawy. Dla jednych wyzwaniem będzie telefon do rodziny, a dla drugich wypicie drinka w barze mimo ciekawskich spojrzeń innych ludzi. Reszcie grupy pomaga obecność Stana, który uczy ich, że najlepszą obroną jest atak, a deformacja to broń, a nie powód do wstydu.

Wygląd nie ma znaczenia?

Happy Face to taki Podziemny krąg, tylko bez mydła. Oba filmy mają podobny punkt wyjścia i motywacje protagonistów. Oszukują, ale w szczytnym (ze swojego punktu widzenia) celu. Z tym że film Davida Finchera odpływa w zagadnienia filozoficzne w atrakcyjnej formie, a Alexandre Franchi trzyma swoich bohaterów mocno na ziemi. Nie daje im zapomnieć, że są tu i teraz i że już na starcie mają przerąbane. Nie wyglądają – i nie będą wyglądać – jak Brad Pitt i Edward Norton. Wyglądają jak wyglądają i muszą znaleźć metodę, jak żyć w społeczeństwie, a przede wszystkim z sobą samym. Największą siłą Happy Face jest twardy realizm na każdym kroku. Nie upiększa ani swoich bohaterów, ani ich historii.

Jeśli szukać w filmie Franchiego niedociągnięć, to w pobocznym wątku matki Stana. Ich trudną relację pokazano tylko w kilku krótkich scenach, z których wynika niewiele ponad to, że to toksyczna więź. Biorąc pod uwagę, jak angażujace są wydarzenia w grupie wsparcie, równie dobrze można było zupełnie wyciąć postać matki, a w to miejsce wstawić dodatkowe sceny ze zdeformowanymi bohaterami. Motywacja Stana jest na tyle pretekstowa, że wystarczyłoby wspomnienie o problemach z matką, bez potrzeby rozbijania filmu na dwa wątki. Happy Face nieco na tym traci, bo przeskakiwanie od soczystych dialogów w grupie wsparcia do niezbyt angażujacego wątku matki Stana po prostu rozprasza. Zwłaszcza że zdeformowani bohaterowie niepodzielnie rządzą w tym filmie.

Prawdziwe twarze Happy Face

Najgłośniej o Happy Face mówi się z kontekście obsady. Wszystkich (nie licząc Stana i prowadzącej) członków grupy terapeutycznej zagrali ludzie z prawdziwymi deformacjami, a nie odpowiednio ucharakteryzowani piękni ludzie. Tego rodzaju szczerość wobec widzów stosował wcześniej np. Tod Browning w Dziwolągach z 1932 roku, obsadził osoby niepełnosprawne w roli członków cyrkowej trupy. Nowszym przykładem jest Plemię z 2014 roku w reżyserii Mirosława Słaboszpyckiego z głuchoniemymi aktorami w roli gniewnej młodzieży w szkole z internatem. Jednak te filmy skupiały się głównie na relacjach wewnątrz grupy, a dla bohaterów Happy Face to tylko punkt wyjścia. Kolejne sesje bezpośrednio dotykają trudnych kwestii: frustracji seksualnej, niechęci rodziny i odrzucenia społecznego. W przeciwieństwie do Browninga i Słaboszpyckiego Alexandre Franchi równoważy ciężar podejmowanych tematów humorem, który dodaje filmowi lekkości. Dzięki temu Happy Face jest napawdę przezabawny.

Reżyser wchodzi z kamerą w najwrażliwsze miejsca swoich bohaterów i pokazuje, jak uczą się nosić swoją brzydotę niczym zbroję. Pomaga im w tym poczucie humoru i dystans do siebie. W ten sposób powstają najlepsze sceny w całym filmie. Jak na przykład ta z Otisem – staruszkiem ze zniekształconą szczęką – którego w pizzerii zaczyna wyzywać przystojniak z bródką. Szczeniackie dowcipy kończą się, kiedy Otis podchodzi do mężczyzny, staje z nim twarzą w twarz i zaczyna go przedrzeźniać. Na końcu pyta wyzywająco: „Tylko na tyle cię stać?”. Mottem dla Happy Face mógłby być cytat z Tyriona Lannistera, najsłynniejszego karła z Gry o tron: „Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie to być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie”.

OCENA: 8/10