Kapitan Ameryka nosicielem kosmicznego pasożyta? Hulk pokryty guzami nowotworowymi? Kino superbohaterskie ciągle mutuje, ale formuła widowiska powoli zaczyna się wyczerpywać. Może przyszłość Marvela i DC to nie wyścig zbrojeń, a zwrot w kierunku innych gatunków. Było kolorowo, było patetycznie, chwilami było nawet mrocznie. Ale horror cielesny w komiksowym świecie trafia się sporadycznie, a przecież to gatunek najbliższy wszystkim mutantom i kosmitom.

To typ horroru, który koncentruje się głównie na zagrożeniach płynących z wnętrza ciała, więc obejmuje choroby, efekty eksperymentów, napromieniowania, czy mutacji lub wpływów innych czynników. Sam podgatunek horroru cielesnego (z ang. body horror) rozwinął się w latach 70. i 80 XX wieku, ale jego początki sięgają powieści gotyckich z Frankensteinem Mary Shelley na czele. Horror cielesny skupia się na ograniczeniach ludzkiego ciała, a zwłaszcza na przekraczaniu tych ograniczeń. Ekranizacje komiksów obfitują w podobne wątki, więc powiązanie z tym gatunkiem powinno być naturalne.

Horror cielesny w trykotach?

Kino superbohaterskie przeszło długą drogę, która sięga czasów II wojny światowej. Popularność i uznanie zdobyło dopiero w latach 70., kiedy Christopher Reeve został Supermanem. Od tamtej pory ekranizacje komiksów zaczęły mieć większe budżety i przynosić zyski. Zaczęło też robić się różnorodnie, a superbohaterowie przestali kojarzyć się wyłącznie z kolorowymi trykotami. Przełom lat 80. i 90. zaczął się mrocznie za sprawą Batmana Tima Burtona, co wpłynęło na upiorność Kruka, SpawnaBlade’a. To dalecy od ideału mściciele, często balansujący na granicy dobra i zła. Mieli dość ponure korzenie (jeden wstał z grobu, drugi wrócił z piekła, a trzeci jest wampirem-mutantem), do tego żyli w świecie rodem z horroru. Jednak kino superbohaterskie w dzisiejszym rozumieniu zaczęło się w 2000 roku filmem X-Men, a osiem lat później pierwszym Iron Manem. Horrorowy sznyt poszedł w odstawkę, a połączenie science fiction z kinem nowej przygody, gwiazdorską obsadą i ogromnym budżetem okazało się formułą niewyczerpanego sukcesu.

ekranizacje komiksów

Widowiskowość to nie jednak wszystko. Z czasem uniwersum komiksowe zaczęło sprawiać wrażenie mroczniejszego i uderzać w dramatyczne tony. Iron Man nadużywa alkoholu, X-Menom rząd grozi segregacją, Batman i Superman mają traumę, a Thor się spasł. Ale to tylko wersja demo prawdziwych problemów. Kiedy przychodzi co do czego, w niczym nie przeszkadzają. Choć kolejne komiksowe filmy same w sobie wciąż bronią się jako widowiska i ogląda się je z przyjemnością, to losami bohaterów trudno się przejąć. Nawet poważny i nieźle rozpisany konflikt Irona Mana z Buckym i Kapitanem Ameryką (w związku z okolicznościami śmierci rodziców Tony’ego) kończy się na mordobiciu i cichych dniach, po których panowie dalej stają ramię w ramię.

Avengers: handlarze emocji

Koronnym przykładem niekonsekwencji i sztuczności była kulminacja konfliktu Avengersów z arcywrogiem, Thanosem (w Avengers: Wojnie bez granic). Pstryknięciem palcami usunął połowę populacji, w tym również część superbohaterów. Ale nic nie szkodzi, bo od pierwszych sekund było oczywiste, że obrócone w pył postacie wrócą w kolejnych częściach. Jedynym zaskoczeniem była śmierć Tony’ego Starka, która akurat miała należytą wagę. To jednak wyjątek od reguły. Zasadniczo śmierć w ekranizacjach komiksów nie istnieje, co dotyczy zarówno Marvela, jak i DC. Z jednej strony trudno się dziwić, bo przecież nie zabija się trykociarza znoszącego złote jaja. Z drugiej strony o ile mniej przewidywalne byłoby oglądanie kolejnych filmów o Avengersach, gdyby ich świat rządził się podobnymi prawami jak, nie przymierzając, Gra o tron, gdzie śmierć w zdecydowanej większości przypadków jest ewidentna i ma swoją wagę. O ile bardziej emocjonujące byłyby pojedynki, gdyby w każdej chwili bohater mógłby zginąć bezpowrotnie lub zmienić się na skutek odniesionych ran?

Avengers

Przemiana to sedno każdego superbohatera, ale żeby widz w nią uwierzył, ona musi wiązać się z ich przeżyciami. Musi mieć swoją wagę. Stąd popularność Iron Mana i Batmana – bo to ludzie. Bardzo bogaci, genialni w swoich dziedzinach, ale to zwykli śmiertelnicy. I obaj mieli słabsze momenty w swoim życiu. Tony Stark to alkoholik (o czym najdobitniej świadczy komiks Demon in the Bottle), a Batman uzależnił się od narkotyków (o czym opowiada komiks Batman: Venom). Obaj przezwyciężyli swoje słabości i dzięki nim stali się jeszcze silniejsi. To właśnie takie dojmujące i przykre wątki sprawiają, że bohaterowie są ludzcy i można nawiązać z nimi więź. Albo jak w przypadku niewidomego po wypadku Daredevila, którego mocą są wyostrzone zmysły, ale to trening czyni z niego superbohatera. Niepełnosprawność i choroba również pozwalają utożsamiać się z postaciami, bo ich historie są tak ludzkie. A dokładniej – dotyczą ograniczeń ludzkiego ciała. Rozciągnięcie tego wątku na mutacje genetyczne i fuzję człowieka z technologią znacznie poszerza spektrum postrzegania superbohaterów. Stąd już bardzo blisko do horroru cielesnego.

Polityczni mutanci

Seria X-Men, która rozpoczęła pasmo sukcesów w kinie komiksowym, w całości skupia się właśnie na mutantach. Od początku jednym z ważniejszych bohaterów staje się Wolverine, który potrafi wysuwać z rąk kościane pazury, ma zdolność regeneracji i wolniej się starzeje. Dzięki temu był w stanie przeżyć bolesny proces pokrywania szkieletu rozgrzanym metalem – adamantium – który po zastygnięciu jest niezniszczalny. Pierwszy film niewiele mówi o kontekście tego zabiegu, ale Wolverine wspomina, że wysuwanie się pazurów boli za każdym razem. Kolejne filmy stawiają na widowiskowość (z różnym skutkiem) i rozwijanie wątków społecznych. Prowadzący szkołę/azyl dla mutantów profesor Xavier wierzy w ich pokojowe współistnienie wśród ludzi, a Magneto przejawia tendencje separatystyczne. To czytelne nawiązanie do postaw Martina Luthera Kinga i Malcolma X względem społeczności Afroamerykanów w USA w latach 60. XX wieku. Wątki społeczno-polityczne wygrały z horrorem cielesnym, choć trudno powiedzieć, czy wyszło to serii na dobre.

A przecież horror cielesny to naturalna konsekwencja rozpoczynania wątku mutacji człowieka pod wpływem czynników zewnętrznych. Peter Parker/Spider-Man to świetny przykład. Najpierw zostaje ugryziony przez napromieniowanego pająka. Jego ciało mutuje tak, że zyskuje cały zestaw mocy, jak przyczepność do wszystkich powierzchni, pajęczy zmysł ostrzegania czy nadludzką siłę i zwinność. Proces jego przemiany pokazano natomiast skrótowo, wręcz w ciągu jednej nocy. Peter źle się czuje, idzie spać, a rano budzi się już zmutowany. Po 2000 roku zdążyły już powstać trzy filmy przedstawiające przemianę Spider-Mana, do tego w żadnym ten wątek nie został rozwinięty. Zamiast tego makabryczny rozwój mutacji bohatera w potwora pokazano… w kreskówce Spider-Man z lat 90. Jest tam wątek, w którym transformacja Parkera w pająka zaczyna postępować. Wyrastają mu dodatkowe kończyny, żuwaczki, więcej oczu, a skóra pokrywa się włoskami parzydełkowymi. Mózg Spider-Mana też zaczyna inaczej działać – najpierw panikuje, potem zaczyna tracić zmysły, by w późniejszym stadium przemiany zatracić zdolność mówienia i zdziczeć.

Szlachetne korzenie mutantów

Horror cielesny jest też wyraźnie wpisany w rodowód innego superbohatera – Hulka. Doktor Bruce Banner zostaje wystawiony na działanie bomby gamma, a jego ciało przyjmuje niesamowite ilości promieniowania. Jednak zamiast umrzeć, mutuje w zielonego potwora o nadludzkiej sile. Stan Lee, zapytany o genezę Hulka, nawiązał do klasyka kina grozy:

„W filmie Frankenstein z Borisem Karloffem monstrum tak naprawdę jest dobrym gościem. Nie chce nikogo krzywdzić. To ci wszyscy idioci z pochodniami ciągle ścigali go w te i z powrotem. Pomyślałem, że byłoby fajnie mieć monstrum, które tak naprawdę jest dobre, ale nikt o tym nie wie”.

W komiksach Hulk przedstawiany jest na różne sposoby – raz jest ucieleśnieniem furii kierowanej bardziej instynktem niż rozumem, a raz zachowuje intelekt przy utrzymaniu swojej nadludzkiej postaci zielonego giganta. I choć były różne sposoby potraktowana tej postaci, co do zasady jednak komiksowi twórcy utrzymywali wersję, że Hulk sam w sobie nie jest zły, a jego wściekłość to uzewnętrznienie tłumionego gniewu Bannera. W komiksie Ruins, który osadzono w alternatywnej rzeczywistości, gdzie „wszystko, co mogło pójść źle, poszło źle”, Banner nie mutuje w supersilne monstrum. Zamiast tego jego ciało rozrasta się i zaczyna wytwarzać duże guzy nowotworowe tak gęsto, że naukowiec przestaje przypominać człowieka.

W równie tragiczny sposób kończy przecież Seth Brundle (Jeff Goldblum) w filmie Mucha Davida Cronenberga, klasycznym horrorze cielesnym. Eksperymentujący z teleportacją naukowiec testuje na sobie swój wynalazek, ale nie zauważa, że jest w jednym telepodzie z muchą. Oprogramowanie decyduje się na fuzję człowieka z owadem i wkrótce Seth zaczyna mutować. Najpierw robi się coraz zwinniejszy, silniejszy i wyzwolony, ale z czasem jego ciało zaczyna zmieniać kształt. Wypadające zęby, włosy i kawałki skóry odsłaniają nową, potworną postać zlepioną z DNA człowieka i owada: Brundlemuchę. Jego związek z monstrum Frankensteina zauważył już Rafał Donica w swojej monografii Frankenstein sto lat w kinie, gdzie wspomina, że:

„Seth Brundle z Muchy (…) Davida Cronenberga to przecież nikt inny, jak zamknięte w jednym ciele monstrum i jego twórca, daleki krewny Frankensteina.”

Odwołanie jest bardzo na miejscu. Wskazuje też nowy kierunek, w którym można rozwijać klasyczne historie o komiksowym rodowodzie.

Mutacje młodych ciał

Takie filmy już powstały. W 2012 roku Josh Trank wyreżyserował Kronikę. To historia trzech młodych chłopaków, którzy wychodzą na chwilę z imprezy i trafiają na dziurę w ziemi. Znajdują tam dziwne kryształy, a chwilę potem zaczyna lecieć im krew z nosa. Z czasem okazuje się, że zyskali zdolność telekinezy, ale im bardziej jej używają, tym bardziej cierpi ich ciało. Film w udany sposób przeniósł wątek mutacji do zwykłej rzeczywistości. Bohaterowie używający supermocy do robienia psikusów kolegom zachowywali się tak, jak mogliby zachowywać się X-Meni pod nieobecność profesora Xaviera. Odarte z komikowego schematu pomysły okazały się ciekawsze.

Między innymi dlatego to, co wyszło w Kronice, nie udało się w Fantastycznej czwórce. A szkoda, bo historia czwórki naukowców napromieniowanych w kosmosie ma duży potencjał. Reed rozciąga swoje ciało, Sue potrafi być niewidzialna i generuje pola siłowe. Jej brat Johnny manipuluje ogniem i jest na niego odporny, a ciało Bena zmieniło się w kamień. Trank w wywiadach wprost przyznawał się do inspiracji filmami Cronenberga w przedstawieniu mutacji postaci. Niestety Fantastyczna czwórka okazała się bardzo kiepska. Podobno przyczyniły się do tego problemy na planie, konflikty między Trankiem a studiem, do tego film przemontowano. Być może do ostatecznej wersji nie trafiły elementy horroru cielesnego (przedstawienie Bena w kokonie to za mało). Film został zmiażdżony przez krytyków, a Josh Trank odciął się od mediów społecznościowych i w sumie nie wiadomo, jak potoczy się jego kariera. A szkoda. Horror cielesny wydaje się najlepszym gatunkiem do pokazania mutacji jak choroby, a więc w sposób zrozumiały dla widzów.

Błędów Fantastycznej czwórki nie popełnił Venom. Historia dziennikarza Eddiego Brocka (Tom Hardy) i jego więzi z symbiotem z kosmosu najlepiej do tej pory połączyła komiksowe klimaty i horror cielesny. Już w 2017 roku szef studia Columbia Pictures Sanford Panitch poinformował, że Venom będzie czerpał z filmografii Johna Carpentera i Davida Cronenberga, ale w zabawniejszy i bardziej popowy sposób. Efekt końcowy jest daleki od ideału, ale relacja między Brockiem a inteligentnym symbiotem wyszła świetnie. Widać, jak szokujące dla człowieka jest bycie nosicielem dla zmiennokształtnego kosmity, oraz jak ludzkie ciało znosi ich współistnienie. Brock po zespoleniu z Venomem czuje się chory, ciągle jest zmęczony i zdezorientowany, poci się i wygląda, jakby przebiegł maraton. To symbiot wysysa z niego siłę, dając mu w zamian nadludzkie możliwości. Eddie w pewnym momencie sam mówi, że ma pasożyta i jego relacja z Venomem trochę tak wygląda.

Trwająca w najlepsze epidemia raczej nie przyczyni się do zainteresowania horrorem cielesnym. To gatunek, który w tej chwili bardzo przypomina rzeczywistość. Z jednej strony wydaje się nieprawdopodobne, że ludzie będą chcieli dla rozrywki oglądać horrory o mutantach, chorobach i pasożytach. Z drugiej strony kino superbohaterskie wciąż przyciąga tłumy, a dotychczasowa formuła widowiska zaczyna się wyczerpywać. A nuż okaże się, że horror cielesny przeniknie do filmów Marvela czy DC?

Horror cielesny nadpełza

Przecież w drodze na ekran są Morbius i remake Blade’a, które mogą przedstawić nowe spojrzenie na wampiry. Szykuje się sequel Venoma, Spider-Mana i kolejne podejście do Fantastycznej czwórki. Może znajdzie się miejsce na alternatywne uniwersa, jak to w komiksie Ruins? Albo jak w Avengers Halloween Special, gdzie jest rozdział, w którym odnaleziony w lodzie Kapitan Ameryka jest nosicielem dla kosmity z filmu Coś? Scenariusz do tej historii napisały siostry Jen i Sylvia Soskie, które współtworzą też komiksy o Czarnej wdowie. Poza tym to te same bliźniaczki, które niedawno zrobiły remake Wściekłości Cronenberga. Horror cielesny i komiksy o superbohaterach nigdy nie były tak blisko.